Leśna droga między Rojewem a Lisinami. Słoneczne popołudnie 6 lipca 2024 roku. Jowita Zielińska wraca z pracy do domu - zaledwie kilometr dzieli ją od celu. Monitoring rejestruje 31-latkę o godzinie 13:18, jak znika między drzewami. To ostatni pewny ślad. Kobieta nigdy nie dotrze do domu w Lisinach.
Ponad miesiąc później grzybiarze znajdą jej rower oparty o drzewo, pięć kilometrów dalej. Mimo zaangażowania setek osób, psów tropiących, dronów i sonarów - po Jowicie jakby ziemia się zapadła. Sprawa, która od początku budzi dreszcze, po ponad 16 miesiącach pozostaje nierozwiązaną zagadką. Co wydarzyło się na tym krótkim odcinku drogi? Dlaczego monitoring nie zarejestrował ani wyjazdu, ani zawrócenia?
W tym artykule przeanalizujemy wszystkie znane fakty dotyczące zaginięcia Jowity Zielińskiej - od ostatnich chwil przed zniknięciem, przez przebieg poszukiwań, po teorie próbujące wyjaśnić, co mogło się stać tego lipcowego dnia na kujawsko-pomorskiej prowincji.
Dzień, który zmienił wszystko - 6 lipca 2024
6 lipca 2024 roku wydawał się zwyczajnym letnim dniem. Jowita Zielińska, jak zawsze, wyruszyła rano do pracy w Rypinie. Rutyna, którą znała na pamięć - ta sama droga, ten sam rower, te same okolice. Nic nie zapowiadało, że tego dnia jej życie zamieni się w zagadkę, która do dziś nie daje spokoju ani rodzinie, ani policji.
Godzina 13:18 - to ostatni pewny moment, gdy widzimy Jowitę. Monitoring na trasie Rojewo-Lisiny rejestruje, jak 31-letnia kobieta wjeżdża na leśną drogę. Jest na swoim ciemnozielonym rowerze damce z koszykiem przy sterze, ubrana w czarne krótkie spodenki i bluzkę w kratkę. Zmierza do domu w Lisinach. Niespełna kilometr dzieli ją od bezpiecznego dotarcia. Dwie osoby potwierdzają później, że widziały ją jadącą w kierunku miejsca zamieszkania. To wszystko, co wiemy na pewno.
I tutaj zaczyna się niewyobraźnialne. Monitoring, który chwilę wcześniej zarejestrował Jowitę, nigdy nie uchwyci jej wyjazdu z leśnej szosy. Nie ma też zapisu zawracania. Kobieta jakby rozpłynęła się w powietrzu na odcinku drogi, którym jeździła setki razy. Kilometr od domu - tyle wystarczyło, by ślad się urwał.
Tego wieczoru Jowita nie wróciła. Rozpoczęła się historia, która trwa już ponad 16 miesięcy, a odpowiedzi wciąż brak.
Portret zaginionej - kim była Jowita?
Jowita Zielińska miała zaledwie 31 lat, kiedy jej życie nagle się urwało. Mieszkanka niewielkich Lisin pod Rypinem, od siedmiu lat samotnie układała sobie życie jako wdowa. Codziennie pokonywała rowerem trasę do pracy - rutyna, która pewnego lipcowego dnia miała okazać się jej ostatnią znaną aktywnością.
Tego dnia wyglądała tak, jak zawsze. Rude włosy sięgające ramion, zielone oczy, szczupła sylwetka. Ubrała się na lato - czarne krótkie spodenki i bluzkę w kratkę. Wsiadła na swój ciemnozielony rower damka z charakterystycznym koszykiem przy kierownicy i ruszyła znaną sobie drogą. Miała przed sobą niecały kilometr do domu.
Ten rower to dziś jedyny namacalny ślad po Jowicie. Znalazła go przypadkiem grzybiarką, ponad miesiąc po zaginięciu, oparta o drzewo w lesie w Wierzchowiskach - pięć kilometrów od miejsca, gdzie powinna być. Nie porzucony, nie zniszczony - po prostu stojący. Jakby ktoś go tam zostawił, planując wrócić.
Jak możliwe, że kobieta pokonująca codziennie tę samą trasę, znającą okolicę jak własną kieszeń, znika bez śladu w biały dzień? Monitoring uchwycił ją o 13:18, wjeżdżającą na leśną drogę w okolicach Rojewa. Dwie osoby widziały ją zmierzającą w stronę domu. A potem - cisza. Kamery nie zarejestrowały ani wyjazdu, ani zawrócenia.
Przełom w sprawie - znaleziony rower
Przez ponad miesiąc poszukiwania nie przynosiły żadnych efektów. Ani śladu, ani tropów. Jakby Jowita rozpłynęła się w powietrzu tamtego lipcowego dnia. Ale 10 sierpnia 2024 roku w sprawie pojawił się pierwszy konkretny dowód.
Kobieta zbierająca grzyby w lesie w Wierzchowiskach natknęła się na rower - ciemnozielona damka z charakterystycznym koszykiem przy sterze stała oparta o drzewo. Grzybiarka natychmiast zaalarmowała policję. To był rower Jowity, nie było co do tego wątpliwości. Problem w tym, że miejsce znalezienia rodzi więcej pytań niż odpowiedzi.
Wierzchowiska znajdują się bowiem około 5 kilometrów od domu Jowity w Lisinach. W zupełnie innym kierunku niż jej codzienna trasa do pracy. Jak rower znalazł się w tym konkretnym miejscu? Czy Jowita sama go tam zawiozła? A jeśli tak - dlaczego miałaby to zrobić, skoro wracała do domu? Czy ktoś go tam podrzucił już po jej zaginięciu?
Odnalezienie roweru uruchomiło kolejną falę intensywnych poszukiwań. Przeszukano ponad 100 hektarów okolicznych terenów z użyciem psów tropiących, dronów i sonarów. Strażacy, policjanci, wolontariusze - wszyscy skupili się na okolicy Wierzchowisk. Jednak poza rowerem nie znaleziono nic. Żadnegośladu, który wyjaśniłby, co wydarzyło się 6 lipca i jak ten rower trafił akurat tam.
Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania
Gdy tylko zaalarmowano służby, w akcję poszukiwawczą zaangażowały się siły, jakie rzadko widuje się w tego typu sprawach. Nie była to rutynowa akcja - policjanci z Rypina i Bydgoszczy, wsparci przez Komendę Główną Policji, przeszukiwali każdy skrawek terenu z determinacją godną podziwu. Do działań dołączyli mieszkańcy okolicznych wsi, grupy PCK z Bydgoszczy oraz strażacy z OSP Rogowo. Czy ktoś wcześniej słyszał o użyciu Mobilnego Centrum Wsparcia Poszukiwań Osób w poszukiwaniach jednej osoby?
Technologia, jaką zastosowano, robi wrażenie. Drony krążyły nad koronami drzew, sonary przeszukiwały zbiorniki wodne, podwodny dron nurkował w miejscach trudno dostępnych. Wyspecjalizowane psy tropiące przeczysywały las metr po metrze. I mimo całego tego arsenału - nic. Żadnego śladu przez ponad miesiąc, aż do momentu znalezienia roweru.
Co szczególnie uderzające - obszar wokół leśnej drogi między Rojewem a Lisinami został sprawdzony wielokrotnie. Ta sama lokalizacja, te same tereny, raz za razem. W sumie około 100-120 hektarów przeszukanego lasu, pól i dróg. Akcje trwały od dziesięciu rano do wczesnego popołudnia, dzień po dniu. A jednak Jowita jakby rozpłynęła się w powietrzu na tym kilometrowym odcinku drogi, który znała lepiej niż własną kieszeń.
Pytanie, które nurtuje wszystkich: jak to możliwe, że przy tak ogromnym zaangażowaniu sił i środków nie udało się znaleźć ani jednego konkretnego tropu?
16 miesięcy później - sprawa wciąż otwarta
Minęło już ponad 16 miesięcy od lipca 2024 roku, a Jowita Zielińska wciąż pozostaje nieodnaleziona. Policja nie składa broni - wszystkie hipotezy są nadal na stole. Jak mówi młodsza inspektor Monika Chlebicz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy: "Możemy jedynie potwierdzić, że Jowity Zielińskiej nie odnaleziono. Niestety nie możemy wykluczyć żadnej z wersji, czy hipotez przyjętych w tej sprawie".
To zdanie brzmi jak formalne oświadczenie, ale kryje się za nim coś więcej - śledczy naprawdę nie wiedzą, co się wydarzyło tego lipcowego dnia. Wypadek? Nieszczęśliwy zbieg okoliczności? A może coś znacznie mroczniejszego?
Rodzina Jowity nie traci nadziei. Razem z twórcami podcastu "Olga Herring" i kanału "Ślady" wyznaczyli nagrodę w wysokości 20 000 złotych za informacje, które pomogą odnaleźć kobietę. To 10 000 złotych od najbliższych i kolejne 10 000 złotych od dziennikarzy śledczych, którzy postanowili zaangażować się w sprawę.
Jeśli cokolwiek widziałeś, słyszałeś, a może coś ci nie daje spokoju - zgłoś się. Nawet najmniejszy szczegół może okazać się kluczowy. Policja zapewnia możliwość anonimowego kontaktu:
- Numer alarmowy: 112
- Komenda w Rypinie: 47 753 92 00
- Email: olgaherring.yt@gmail.com
Każda informacja - nawet ta, która wydaje ci się nieistotna - może przybliżyć rodzinę do prawdy. Czasem wystarczy jeden telefon, by zamknąć sprawę, która nie daje spokoju od ponad roku.
Pytania, które nie dają spokoju
Są sprawy, które nie pozwalają spać po nocach. Zaginięcie Jowity Zielińskiej to właśnie taka historia - pełna dziur, niedopowiedzeń i pytań bez odpowiedzi.
Co wydarzyło się między 13:18 a zniknięciem? To zaledwie kilkadziesiąt minut, może godzina. Jowita wjechała na leśną drogę - monitoring to potwierdził. Dwoje świadków widziało ją jadącą w kierunku domu. I tutaj ślad się urywa. Niecały kilometr dzielił ją od bezpiecznego powrotu. Niecały kilometr, który stał się czarną dziurą w tej historii.
Najbardziej niepokojące? Monitoring milczy. Nie zarejestrował momentu, gdy Jowita miałaby opuścić leśną szosę. Nie zarejestrowała też ewentualnego zawrócenia. Jak to możliwe? Czy ktoś wiedział, gdzie są martwe punkty kamer? A może po prostu miała pecha i zjechała w miejscu, którego monitoring nie obejmował?
Policja oficjalnie nie wyklucza żadnego scenariusza. To znaczy wszystko - od tragicznego wypadku, przez dezorientację i zagubienie się, aż po najczarniejszy wariant, o którym nikt nie chce głośno mówić. Rower znaleziony 5 kilometrów dalej, oparty o drzewo. Żadnych śladów walki, żadnych śladów Jowity. Jakby rozpłynęła się w powietrzu.
„Niestety nie możemy wykluczyć żadnej z wersji, czy hipotez przyjętych w tej sprawie" - mł. insp. Monika Chlebicz
To właśnie ta niewiedza boli najbardziej. Rodzina czeka. My czekamy. A odpowiedzi wciąż nie ma.
Podsumowanie
Zaginięcie Jowity Zielińskiej pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych spraw ostatnich lat. Mimo znalezienia roweru i zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań, los kobiety wciąż pozostaje nieznany. Każda informacja, nawet ta z pozoru nieistotna, może okazać się kluczowa dla śledczych.
Jeśli masz jakiekolwiek informacje dotyczące zaginięcia Jowity, skontaktuj się z policją. A Ty co myślisz o tej sprawie? Podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzach - może razem uda nam się rzucić nowe światło na tę zagadkę.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!
Dodaj komentarz