Wtorek, 20 stycznia 2026
Zagranica

Polak myślał, że idzie po ciało. Niebywałe, co odnalazł

Adam Bielecki miał wynieść z Himalajów martwe ciało. Na głębokości 68 metrów w szczelinie skalnej czekała jednak niespodzianka. Historia przetrwania Anuraga wstrząsnęła światem alpinizmu.

Polak myślał, że idzie po ciało. Niebywałe, co odnalazł
Oceń artykuł:

68 metrów nad życiem

Na wysokości niemal sześciu tysięcy metrów świat wygląda inaczej. Powietrze jest rzadkie jak oddech konającego, a zimno wgryza się w ciało bezlitośnie, docierając aż do kości. Tam, wysoko w Himalajach, gdzie każdy krok jest walką, rozegrała się historia, którą dziś trudno opowiedzieć bez drżenia głosu.

Adam Bielecki wyruszał na tę akcję bez złudzeń. Nie był to wyścig z czasem o ludzkie życie — przynajmniej tak wtedy sądzono.

Cztery dni wcześniej indyjski wspinacz, Anurag Maloo, spadł osiemdziesiąt metrów w głąb wąskiej, lodowej szczeliny.

Cztery doby bez jedzenia, bez wody, bez możliwości ruchu, na wysokości, gdzie organizm zaczyna gasnąć sam z siebie.

Rodzina pogodziła się już z najgorszym. Chcieli tylko jednego — odzyskać ciało, by móc pochować syna zgodnie z hinduistycznymi obrzędami.

Adam wiedział, że jedzie po zmarłego.

Kiedy dotarł na miejsce, góra była cicha. Zbyt cicha.

Szczelina wyglądała jak czarna rana rozcinająca lodowiec.

Przygotowania trwały długo — każdy błąd oznaczałby śmierć nie jednej, ale dwóch osób.

W końcu przyszła chwila decyzji. Lina była gotowa.
78 metrów — tyle tylko mieli.

Adam zaczął zjazd.

Ciemność połykała go powoli. Z każdym metrem robiło się zimniej, ciaśniej, bardziej niepokojąco.

Na dole mógł czekać tylko jeden widok. Tak wszyscy myśleli.

Na 68. metrze liny zobaczył ruch.

Najpierw uznał, że to złudzenie. Gra światła. Drgnięcie lodu.

Ale potem znów — wyraźniej. Ruch ręki. Oddech. Człowiek.

— On… on żyje — miał wyszeptać przez radio.

Anurag żył.

Cztery dni po upadku.
Po osiemdziesięciu metrach swobodnego lotu w skalną pułapkę.

Z połamanym ciałem, odwodniony, skrajnie wychłodzony, balansował na granicy śmierci.

Gdyby leżał zaledwie dziesięć metrów niżej — lina by nie sięgnęła.
Gdyby Bielecki przyjechał dzień później — nie byłoby już kogo ratować.

Każdy metr wyciągania był walką.
Z grawitacją, zimnem, własnym strachem.
Z czasem.

Gdy wreszcie wydobyli go ze szczeliny, ratownicy nie mieli już wątpliwości — wydarzył się cud.
Medyczny.
Ludzki.
Górski.

Anurag przeżył.

Dopiero później, już po wszystkim, Adam przyznał w wywiadach, że zamiast euforii pojawiło się coś zupełnie innego — kac moralny.

Bo jechał po ciało.
Bo pogodził się ze śmiercią człowieka, który jednak wciąż walczył w lodowej ciemności.
Bo granica między tragedią a ocaleniem okazała się cienka jak kilka metrów liny.

— To była seria cudów — mówił.
— Absolutnie oszałamiająca.

Dla rodziny Anuraga było to niemal religijne doświadczenie.

W górach, gdzie żywioły decydują o losie człowieka, przeznaczenie zdawało się tym razem powiedzieć:
jeszcze nie teraz.

A Adam?

Zjechał w głąb szczeliny po zmarłego.

Wrócił z żywym człowiekiem.

I z historią, która na zawsze już będzie przypominać, że nawet tam, gdzie nie ma nadziei — czasem ona czeka.

68 metrów nad śmiercią.

 

Podobał Ci się artykuł?

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz